Poczwarka

 

Pewnego dnia, który wydawał się być dniem, takim, jak zawsze, obudziłam się w innym świecie. Do pokoju wszedł Chłopiec. Wysoki. Przystojny. Z wachlarzem długaśnych rzęs i przenikliwym spojrzeniem. Na pewno nie był już dzieckiem. Zerknął na mnie i powiedział coś, co świadczyło o tym, że jednak się znamy:

– Odbierzesz mnie dziś ze szkoły czy mam wrócić autobusem?

Chwilę trwało zanim się odezwałam, bo musiałam sobie w głowie to wszystko poukładać. Mimo naprawdę szczerego wysiłku, jaki w to włożyłam, poległam, odkładając to myślenie jednak na później i odpowiedziałam niepewnym głosem:

-Jaaaasne, przyjadę.

 

Chłopiec wyszedł pozostawiając we mnie mieszankę niepewności, strachu i zaskoczenia (o otwartych ustach ze zdziwienia nie wspominając).

I wtedy to się stało… Lawina wspomnień ruszyła prosto na mnie, nie zamierzając mnie oszczędzić. Jej masa była przerażająca, a huk  jaki jej towarzyszył, totalnie mnie obezwładnił nie pozwalając ruszyć się z miejsca na krok.

Przypomniałam sobie inny dzień w moim życiu, w którym wszystko uległo zmianie. Było to w 2005 roku (świeciło słońce) i jeszcze nie wiedziałam, że nadchodzące trzęsienie ziemi, będzie z rodzaju tych, których siły, żadna skala nie jest w stanie zmierzyć.

 

Pięknego wiosennego dnia, spokojnie pojechałam do szpitala. Po kilku dniach wróciłam do domu z Zawiniątkiem – wyjątkowo spokojnym i grzecznym. Wróciłam z czymś jeszcze, z uczuciem podobnym do tego, które dopadło mnie, w momencie wyjścia z pokoju nieznanego Chłopca. Mieszanina uczuć – strach, niepewność przed nieznanym. Na pewno znacie to uczucie.

Tamto Zawiniątko zmieniło wszystko… Zmienił wszystko jego pierwszy krzyk, na który czekałam o chwilę za długo. I już wtedy ten strach, który mnie zmroził w kilka sekund tego oczekiwania, powinien zapalić mi ostrzegawczą lampkę. Ale nie. Wiedziałam swoje. Jak zwykle.Tylko po to, żeby później prawda trzasnęła mnie w potylicę, jak rozpędzona do granic szybkości, kula śniegowa wyrzucona przez żartownisia kryjącego się tuż za rogiem.

Od tamtej pory Zawiniątko uczyło mnie stale czegoś nowego. Zaczęła się nasza podróż. Właściwie byłam pilną uczennicą, od teraz, codziennie. Nie było przerw od lekcji czy wolnego weekendu.

Nauczyłam się innej miłości. Bezwarunkowej, bezkrytycznej. Nauczyłam się, jak to jest być matką niemowlęcia.

Nauczyłam się tego, jak stać po cichu przy łóżeczku i patrzeć uważnie czy klatka piersiowa Zawiniątka unosi się, jak powinna (samej przy tym nie oddychając, żeby nie obudzić zawartości łóżeczka).

Nauczyłam się cierpliwości. Nie wydawania dźwięku przy stawaniu w ciemności na klocek lego.

Nauczyłam się tego, że uciekać nie wolno.

Nauczyłam się tego, że należy trwać.

Nauczyłam się osuszać łzy samym tylko słowem, nawet bez dotyku.

Nauczyłam się dotyku, który nie boli nawet przy opatrywaniu roztrzaskanego o chodnik kolana.

Nauczyłam się, że nie zawsze muszę spać.

Nauczyłam się sporo o sobie dzięki niemu.

Nauczyłam się, że nie ja sama jestem najważniejsza dla siebie, a może to być ktoś inny.

Nauczyłam się, że egoizm jest luksusem.

Nauczyłam się tego, że dawać jest przyjemniej niż brać.

Nauczyłam się nazw wszystkich postaci z “Ben 10” i z wielu innych bajek.

Nauczyłam się czy pod krem czekoladowy na kanapce mam posmarować masło czy nie.

Nauczyłam się też, że lepiej jest to zapamiętać.

Nauczyłam się, że uśmiech Zawiniątka nie ma ceny. Krzywda zaś Berbecia ma gorzki smak nie tylko dla niego (a dla mnie właściwie jeszcze gorzej ona smakuje).

Nauczyłam się ulubionych smaków Zawiniątka i tego, że preferencje obiadowe (moje) nie mają znaczenia, gdy znaczenie mają preferencje kogo innego 😉

Nauczyłam się empatii.

Nauczyłam się być w końcu matką małego dziecka, które przestało być niemowlęciem.

Nauczyłam się, że zachwyt w oczach dziecka wynagradza wszystko. Nauczyłam się tego, że mogę być bohaterką.

Nauczyłam się tego, że w oczach małego człowieka jestem mądra.Bardzo mądra. Czasami wręcz swoim podziwem był w stanie przekonać mnie, że wiem wszystko (spokojnie, schodziłam jednak na ziemię szybko z tego stanu 😉 ).

Nauczyłam się przy nim być mamą.

Wszystko z nim robiłam po raz pierwszy. Pierwszy raz plułam piaskiem na plaży, gdy pełna łopatka trafiła na moją twarz zamiast na zamek z piasku. Pierwszy raz ryczałam pod niebiosa ze strachu, że zapalenie płuc to nie tylko wymówka, żeby nie iść do szkoły, ale może być opłakana w skutkach. Pierwszy raz w ciągu 20 minut zrobiłam w domu robota z tektury, żeby zawieźć dziecku do szkoły, które nie było skore do zapamiętania faktu o konieczności jego wykonania na zajęcia. Pierwszy raz zrozumiałam troskę mojej mamy. Dużo pierwszych razów okraszonych łzami i wiele też takich, od których słońce świeci wysoko i bez chmur.

 

Nauka, nauka, nauka.

 

W 2009, 2011 i 2014 świat znowu zadrżał, ale ja już byłam przygotowana na skutki trzęsienia. Nauka, jak widać w las nie poszła. Zawiniątko, które w międzyczasie przepoczwarzyło się w małe dziecko, a następnie dziecko po prostu, świetnie spełniało rolę coacha. A ja byłam pojętna uczennicą. Kolejne szkolenia przechodziłam już (i wciąż przechodzę) pod opieką kilku coachów, którzy stosują zamiennie różne techniki wpajania mi wiedzy. Od terroru, przez szantaż emocjonalny, po oczy kota ze Shreka wlepione błagalnie we mnie. Wzajemnie się uzupełniają.Wszystko to przynosi różny skutek, ale nie ma rozwoju bez zmian, więc przy wprowadzanych zmianach przez osobistych nauczycieli wciąż ewoluuję.

 

To wszystko jednak nie przygotowało mnie na przyjście tego Chłopca (nie małego dziecka i nie dziecka po prostu). Przylazł, bezczelnie się gapił, nic nie wyjaśnił . I tak sobie jest. Zawiniątko nr 1 nie ostrzegło mnie! Żadnego koła ratunkowego, telefonu do przyjaciela czy pytania do publiczności, nie zostawiło biednej matce. Więcej! Zawiniątko zniknęło! Tak po prostu. Widziałam, że rośnie. Widziałam, że się przepoczwarza, ale wciąż było to moje małe dziecko. Aż do tego ranka.

 

Chłopiec pożarł dziecko i ja nie wiem co z tym robić. Czuję jednak podskórnie, że nie ma już odwrotu. Machina ruszyła.

Mówi do mnie czasem dziwnym językiem. Poznaję ten język, bo sama kiedyś go używałam, ale to było dawno, a wiadomo, że pamięć bywa ulotna.

 

Po długich przemyśleniach już wiem. Wpadłam na to! Jestem matką Nastolatka!!! Nigdy jeszcze taką matką nie byłam.

Nastolatek nie zawsze jest skory do współpracy, w przeciwieństwie do Zawiniątka. Nie zawsze chce rozmawiać, podziwiać mnie czy uśmiechać się. Czasem zamiast słońca przynosi mi burzę, ale ja walczę, żeby utrzymać się na powierzchni. Walczę zacięcie, ale wolałabym walczyć tylko z tą burzą, nie z Nastolatkiem. Razem może dalibyśmy radę.

Nastolatek nie zawsze mnie już uwielbia. Widzę już zwątpienie w jego oczach: w moją wiedzę, w moją prawdomówność (co z Mikołajem? Co z Wróżką Zębuszka?). Nie ma już bezkrytycznego spojrzenia, pokornego cielaczka o długaśnych rzęsach. Jest swoje własne zdanie (często inne od mojego), swoje decyzje, swoje tajemnice (wykluczające moje członkostwo), wszystko swoje, a rzadko już w pełni moje.

 

Kula śniegowa znowu rozprysnęła mi się na głowie, tylko tym razem ciężko się pozbierać. Coach ma swoje sprawy i martwię się, że w terminarzu nie znajdzie miejsca na szkolenie zdziwionego serca matki… Ja jednak mam mocne podstawy. Fundamentalna wiedza musi zaprocentować. Zawiniątko coach było najlepszym nauczycielem (wspieranym teraz przez trzech zastępców).

Nauczę się sama, przez obserwację, rozmowę, przez nieodwracanie głowy w przeciwnym kierunku.

Nauczę się wspierać, choć w środku krzyczy sprzeciw i gniew.

Nauczę się rozumieć to czego mój rozum pojąć nie potrafi.

Nauczę się przypominać sobie siebie z tego okresu. Nauczę się nie porównywać.

Nauczę się cierpliwości w innym już wymiarze.

Nawet mądrości się nauczę.

Nauczę się dostrzegać, kiedy jestem potrzebna, a kiedy powinnam się usunąć i dać wolną przestrzeń.

Nauczę się dobrze radzić i akceptować odmowę przyjmowania rady. Nauczę się tego, że moje zdanie nie jest jego zdaniem. Nauczę się naszej odrębności.

Nauczę się akceptacji.

Nauczę się cieszyć Nastolatkiem, bo coś czuję, że gdzieś jeszcze daleko czai się Dorosły Mężczyzna. Jeszcze nie za rogiem, ale juz słyszę jego kroki.

 

Wiem, że znowu oberwę kulą w łeb.

 

Dużo nauki przede mną. Przed Tobą również. Nie jesteś w stanie przewidzieć momentu rzutu kulą w Twoją głowę. A wierz mi, że nią oberwiesz. Nie jesteś w stanie też się przed nią uchylić. Możesz tylko mieć świadomość, że kula w końcu Cię dosięgnie.

Matko, Ojcze, Zawiniątka lub Dziecka, nie myśl, że Ciebie to nie dotyczy. Dogoni Cię to szybciej niż sądzisz. Niespodziewanie, jak mnie tego ranka. Od Ciebie tylko zależy, jak to rozegrasz. Lepiej grać w jednej drużynie. Nie zmarnuj roboty Zawiniątka! Ucz się dalej mądrze. Ja właśnie próbuję, mimo częstych porażek…

Chłopczyku! Jak Ci odpowiedziałam, przyjadę! Odbędziemy tę podróż razem.

 

Nastolatku! Jedziemy z tym koksem!!!!

 

 

DSC_0164

DSC_0174

DSC_0172

DSC_0171

DSC_0170

DSC_0169

DSC_0167

DSC_0166

DSC_0142

DSC_0154

DSC_0151

DSC_0148

DSC_0146

DSC_0131

DSC_0124

DSC_0127

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

2 komentarzy

  1. Patrycja 6 miesięcy temu

    Agnieszko, mamo Zawiniątka… trzymam kciuki za utrzymanie stanu Zen po burzliwym morzu pierwszych miłości, samodzielnych decyzji, odrywania pępowiny… życzę Tobie dzielności… i łapania łez… gdy trzeba stać cierpliwie z boku i trwać bo Zawiniątka, poczwarki zmieniają się w piękne motyle i lecą…. i są nasze i już nie nasze…. ściskam mocno !!!! rozumiem….

    • Aga Autor
      Aga 6 miesięcy temu

      Wiem Patrycjo, że rozumiesz. Jedziemy na tym samym wózku 😉 Tobie również wytrwałości życzę

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*