I tylko czasem…

 

 

Maria od dzieciństwa wiedziała, jak będzie wyglądało jej życie. Od zawsze przed oczami miała ojca ubranego w garnitur i dobrany stosownie do koszuli krawat. Matka wiecznie nieobecna, a jeśli już to pozostawiająca po sobie dźwięk stukotu drogich szpilek o marmurową podłogę, śpiesznie oddalających się razem z nią w stronę drzwi (ich trzask Marysia również znała na pamięć), w których miała ukazać się dopiero późnym wieczorem. Często już po tym, kiedy Marysia smacznie spała, utulona do snu przez nianię. Od dziecka wpajane miała, że nauka, a potem kariera, jest w życiu najważniejsza. Bez niej ani rusz. Ani pieniędzy, ani szczęścia. I choć pieniądze faktycznie w domu były – w drogich antykach, samochodach czy biżuterii matki, której pod groźbą najwyższej kary nie można było jej dotknąć, tak tego szczęścia, nawet bardzo wyostrzając wszystkie z możliwych zmysłów, dostrzec jakoś nie mogła.

 

Matka prawniczka wolała czytać akta spraw niż bajki córce na dobranoc. Ojciec prezes dużej firmy, zbyt zajęty wchodzeniem na rynek giełdowy, na bankiety i kolacje, żeby zauważyć wpatrzone w siebie, proszące o chwilę uwagi oczy córki.

Lata mijały, a Marysia przeistaczała się w Marię. Najpierw dziewczynę, a później kobietę, która pod zasłoną pewności siebie i zimnego pancerza, który ubrała szczelnie się zakrywając dawno temu, pokazywała światu, jak bardzo jest jej obojętny i jak bardzo potrafi poradzić sobie w nim sama. I potrafiła faktycznie. Nauczona przez te wszystkie lata, że człowiek nie może liczyć na ciepło od najbliższych, ewentualnie na pieniądze wciskane jej do ręki, mające zagłuszyć wyrzuty sumienia wiecznie zajętych rodziców, przestała go szukać. Komplementy i czułe słówka otrzymywała od chwilowych partnerów, którzy jak szybko się pojawiali w jej życiu, tak samo szybko znikali. Na jej zasadach, według jej reguł. Zero zaangażowania, żadnej miłości. I tylko czasem brakowało jej tych dobrych słów i gestów niani, która jako jedyna potrafiła choć na chwilę ukoić jej tęsknotę za miłością.

Idąc śladem rodziców i słów wytatuowanych w jej pamięci, najpierw uczyła się pilnie, żeby ich zadowolić, a teraz pnie się po szczeblach kariery (z niebywałą szybkością), wzbudzając powszechny zachwyt i zazdrość niektórych.

Jej apartament lśni czystością, o którą regularnie dba opłacana pani sprzątająca, a nowe szpilki Marii, stukają w tym samym rytmie o posadzkę, co zapamiętane niegdyś szpilki matki. Z tą tylko różnicą, że nikt tego nie słyszy, bo Maria tak właśnie postanowiła. Tych szpilek nie ma słyszeć nikt. Nikt nie ma czekać na ich dźwięk, gdy przekracza próg mieszkania, wracając z pracy, bo wraca też późno. Jak matka. Doskonale pamięta to czekanie, nasłuchiwanie i dawno już postanowiła – żadnego słuchacza nie będzie!

 

 

Małgorzata. Dwójka dzieci. Parka. Przystojny mąż, jakby tego szczęścia było mało – hojny. Czasem może niedoceniający morderczego trudu, jaki Małgorzata wkłada w wyprowadzenie na ludzi ich latorośli, ale cóż, wszystkiego mieć nie można. Do kompletu rasowy piesek, który pięknie dopełnia obraz idealnej rodziny na zdjęciach wystawianych na wszelkich portalach społecznościowych.

Ona sama postanowiła zostać w domu i zająć się domem i dziećmi. Mężem też. Właściwie razem tak postanowili, bo skoro on zarabia tak dobrze, że mogą sobie na to pozwolić to dlaczego nie? Woli takie rozwiązanie, niż gdyby miała płacić obcej kobiecie, żeby ta wychowywała jej dzieci, w momencie, kiedy ona się realizuje i nie widzi ich pierwszego kroczku/zęba, który przed chwilą się wykluł/reakcji na podanie tej pierwszej łyżeczki zdrowej zupki.

Wykształcona i atrakcyjna, porzuciła szpilki na rzecz pieluch i zdrowych zupek, które z wielkim oddaniem gotuje codziennie swoim pociechom, bo przecież wie z domu, że zdrowa zupka to podstawa w diecie dziecka. A dzieci muszą tryskać zdrowiem i muszą być zadbane, bo inaczej, jak to tak? Po co miałaby kręcić się po tym domu, nie robiąc tego, co do niej należy. A należy do niej dokładnie to. Wie o tym, bo od zawsze do głowy kładła jej to matka. Nawet wtedy, kiedy na świecie jej dzieci jeszcze nie było, a rodzicielka już z wielkim zapałem dopytywała się o przybliżony termin ich narodzin. Robi więc te zupy, zabawia dzieci, męża, sprząta, pierze i gotuje. Na spacer zakłada trampki, upycha dzieci do wózka, woła psa i wychodzi.

 

I tylko czasem, kiedy mija elegancką kobietę śpiesząca się na biznes lunch, stukaniem szpilek akcentującą swój pewny krok, przypomina sobie o tych swoich zapomnianych, leżących na dnie szafy szpilkach. I tylko wtedy odprowadzając wzrokiem zadbaną kobietę, wątpi przez chwilę w słuszność tych swoich zdrowych do granic zup, w słuszność tych swoich życiowych decyzji. Odwraca jednak głowę w stronę placu zabaw rojącego się od rozwrzeszczanych dzieciaków i ich matek nie odrywających maślanych oczu od swoich pociech. Wie, że przecież tak trzeba, że postępuje słusznie. Tak ją nauczono. Pędzi coraz prędzej pchając wózek przed sobą i ciągnąc opornego rasowego psa za sobą, w stronę rozwrzeszczanej masy ludzkiej. A w myślach chwali się, że nałożyła te wygodne buty, dzięki którym za jakiś czas zdąży wrócić do domu i poda dzieciom tę pyszną zupkę przed drzemką.

Nie czuje wtedy na swoich plecach wzroku kobiety w szpilkach, która odwróciła za nią głowę.

 

Ona też tylko czasem chętnie zamieniłaby te szpilki na kolorowe trampki. Z bonusem w postaci dziecka. Dźwięk komórki odpędza jej myśli i Maria odbiera telefon pędząc na spotkanie. Jak zwykle perfekcyjna, profesjonalna, jak zwykle w szpilkach, jak zwykle, tak jak ją nauczono.

 

I tylko czasem…

 

 

2 komentarzy

  1. Eliana 5 miesięcy temu

    Agusia coraz lepsze Twoje felietony. Kochana koniecznie je zbierz i wydaj w koncu swoja książke B-) buziaki pozdrawiam

    • Aga Autor
      Aga 5 miesięcy temu

      Elianko kochana,

      bardzo Ci dziękuję ;* dzięki też, że chciało Ci się poświęcić na niego chwilę 😉

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*